...a może barbinator blogiem roku?...

2010-02-08 23:51:30

Padadoksy bytów, czyli o ludzkiej głupocie
Nowaczka mie natchła żeby się wreszcie sprężyć i napisać to co chodzi mi po głowie od pewnego czasu, czyli kolejny dowód na to że świat pęka w szwach od idiotow.
Idioci Nowaczki przedwcześnie się pobierali i rozwodzili (więcej szczegółów -->tutaj), zostali zresztą potraktowani dość łagodnie i nie nazwani wprost idiotami ale ludźmi popełniającymi życiowe pomyłki w imię konwenansów (to tak w skrócie).
Ja z moimi moronami obejdę się bardziej bezpardonowo.
aczkolwiek będzie z dygresjami.
Ostatnio szyję, mam ochote zabić Przodka bo się wtrąca i mądrzy i to w takich kwestiach, że równie dobrze ja mogłabym go pouczać w sprawie sikania na stojąco. Się nie zna, za to mnie wkurwia perfekcyjnie, w związku z czym cyklicznie przerywam swoją pracę, wrzeszczę na niego równolegle do momentu kiedy on wrzeszczy na nnie a potem się uspokajam i wracam do zajęć mechanicznych, podczas kiedy głowa mi pracuje.
Dzisiaj z zapałem machałam igłą, nożyczkami i białym sprayem, a w głowie obracałam wspomniane już nowe przypadki moroństwa.
Wytargałam je jakimiś dziwnymi kanałami na Naszej Klasie.
Przypadek jest jak dla mnie dość ciekawy. Wieloosobowa rodzina, wyjechała do Toronto jakieś, ja wiem? Piętnaście lat temu? No na pewno nie więcej niż dwadzieścia. Umówmy się, że siedemnaście.
Miałam okazję spędzić wakacje z jedną z przedstawicielek tej rodziny, wkrótce przed ich wylotem do Kanady. Wszystko odbywało się troszkę w atmosferze ostatecznej, w sensie fajnie jak w kombajnie, ale dziewczynka, moja rówieśnica, powiedziała smutno, że ona już chyba nie wróci, a może ktoś mi powiedział że ona myśli że nie wróci, nie wiem.
Tak czy inaczej.
Ciekawie podejrzałam tą wieloosobową rodziję, jakże tez im się tam w tym Torontowie wiedzie.
No dobrze się wiedzie.
Zasymilowali się z miejscem w którym żyją... do tego stopnia, że mi to lekko skórę na karku podnosi.
Czytam sobie ci ja opisy do fotek, do tych włoskojęzycznych mężów których się podorabiały przedstawicielki rodziny i widzę, że kobiecie która wyjechała z Polski w wieku plus minus dwudziestu lat - w ciągu kolejnych kilkunastu lat ulotniła się wiedza na temat fleksji na ten przykład.
No kurwa no, naprawdę ubaw przedni.
"Ja z moim mężem Michael"
"Tym truck podróżowaliśmy w wakacje"
"Na wycieczce w Montreal"
Obrzękłam.
Ze zgrozą pomieszaną z zachwytem zagłębiałam się w kolejne zdjątka z kolejnymi kiksami lingwistycznymi.
Nonieno, też mi się zdarza zrobić jakiegoś błęda, i to czasem, niestety, nie całkiem świadomie, ale!...
Z wrodzoną wrednością nie pominę faktu, że dzieci tej dziarskiej rodzinki mają oblesne, amerykańskie imiona (kurwa, kto nazywa dziecko Taylor, aaaaa, kurwa kurwa, jakas jebana Moda na suck-ass czy coś?), i stawiam amerykańskie dolary przeciwko orzechom, że najmłodsze pokolenie ani w ząb nie zna języka polskiego.
No po prostu OJAJEBIE.
Wincenty Pol ze swoim uwielbieniem dla ojczystej naszej mowy coś kwitnęła nam przed laty tanczy w grobie lepperowskiego bredgensa. Kochanowski obsrywa się na renesansowo. Nie wspomnnę już o nienagannym akcencie Jana Nowaka Jeziorańskiego, obecnym pomimo lat w Paryżewie.
Usciślając, gówniany ze mnie patriota (no chyba że cipa-rakieta-patriot) i to że tamci zapomnieli jak się parla po naszemu specjalną zgrozą o podłożu wynarodowionym mnie nie przeraża. Nie nie.
Mam ich po prostu za bandę idiotów i prostaczków. Przeflancowani zmienili skórę błyskawicznie, wrośli gdzieś i jeżdżą sobie na wakacje swoim truck.
No to co tez ja to - a tak, żaden ze mnie patriota.
Ale jakos tak smutno, że eksportujemy palantów.
No ale może ja jestem z innego świata, z innego modelu życia. Ja już zresztą wspominałam, że moją przeprowadzkę rozpoczynam od hodowli szczepki scindapsusa (ma się całkiem nieźle) zamiast od poszukiwania chaty, pracy czy innych takich nudnych szczegółów, i zdaję sobie sprawę że ciężar mojej przeprowadzki w porównaniu z emigracją licznej rodziny cierpiącej na marskośc przysadki fleksyjnej jest w proporcji lekkostrawna sałatka z pomarańczy vs parówki nadziewane serem i polane keczupem.
I może dlatego że nie ma dla mnie świętości i nazawszyzmu ani w miejscu zamieszkania, ani w miejscu pracy, ani... (no dobra, bo będzie hipokryzja), to w pale  mi się nie mieści, jak można pogardzić własnym językiem.
Jak można tak zwapnieć na umyśle, żeby miec kłopot z odmianą wyrazów?
Ilu książek należy nie przeczytać, żeby zgubić coś nie pod przymusem, ale zupełnie dobrowolnie?
Dzieci Wrześni tańczą kankana.
Wzdech.

skomentuj (2)

2010-02-04 23:02:16

Piercing
Kiedy byłam jeszcze w podstawówce, bardzo chciałam miec kolczyki. Najpierw dwa, potem osobiscie przekłułam sobie prawe ucho w czterech a lewe w dwóch miejscahc. A potem mi się znudziło, a jeszcze potem zrobiłam sobie dwa tatuaze (w odstepie paru lat).
Przodkowie ostrzegali że znudzą mi się i w rezultacie obrzydną, nieszczęsnej, te sposoby okaleczania ciała. straszyli wizją wielkich, niezarośniętych dziur w uszach, a na tatuaże omal nie dostali zawału.
No cóż, na szczęście w obydwu przypadkach się pomylili.
Kiedy znudziy mi się kolczyki to po prostu je wyjęłam. Większość dziurek zarosła, zostały tylko te dwie, tradycyjne, po jednej na każde ucho.
Tatuaże nie dość że mi się nie znudziły, to jeszcze by się coś zrobiło, ale czekam w tej materii raz - na oświecenie względem wzoru, a dwa na napływ gotówki, ktory pozwoliłby mi podciągnąc kolory w tatuazach dotychczasowych.
W zasadzie mam pewien pomysł, kod kreskowy z pewną ukrytą datą gdzieś bym sobie zapodała. A w kwestii piercingu też kilka pomysłów mam, ale już nie uszy ani język, tylko tatuaz powierzchniowy.
Chcialam między kciukiem a wskazującym, ale jak zobaczyłam kulki na karku, to oszalałam z zachwytu absokurwalutnie.
A potem zobaczyłam kolczyk powierzchniowy miedzy cyckami, i już zupełnie odjechałam.
I tak, zamierzam.
Z głęboką nadzieją, że w moim zaawansowanym wieku wszyscy antykolczykowcy odpierdolą się z jeremiadami na temat fanaberii wieku nastoletniego.
Bo wiek nastoletni to się kurwa wziął i skończył dekadę temu, o.

Posypało się

Znajomych mam, nie?
No i wzięło i się jebnęło. Tak dobrze im żarło i zdechło, ale część tych rzekomych dwóch połówek jednego jabłka wzięła i odkryła, że jest chyba mandarynką.
Szczegóły nieistotne, załóżmy że odwołuje się tutaj do doświadczenia każdego z Was. Każdy z Was widział zapewne związek, w którym coś wyjebało. albo uczestniczył w czyms takim po którejś ze stron.
Bardzo bolesne jest obserwowanie tej odrzuconej strony.

Gówno prawda z tą aspołecznością

Bardzo chętnie nazywam siebie osobą aspołeczną.
Gównoprawdyzm.
Jedyne co jest prawdą to to, że źle się czuję nie stojąc na pozycji dyktujacej częstotliwość i formę kontaktów.
Bardzo sobie cenię te ścieżki kontaktów, które wypracowałam, choć dość rzadko są bezpośrednie.
Maile, smsy, rozmowy. Komunikator.
znaki wysyłane światu z zacisza mojej jaskini. Najczęściej nocą.
Buduję elektroniczne więzi.

skomentuj (3)

2010-02-03 01:01:24

Szyję
Narszutę, wielką jak Pacyfik. Kolejne torebki. Podkoszulki miksuję i inne takie. Moja jaskinia aktualnie przypomina pomieszanie pracowni krawieckiej i garażu amatora-mechanika. Rozpruwam kolejne misie, wyrywam im obrotowe nóżki i przyszywam je do toreb, torebek i innych przedmiotow codziennego użytku, które już niedługo zacznę sprzedawać. Na razie popierdalam po mieście (w rzadkich chwilach, kiedy wychodzę z jaskini) z własną, czarną, ogromną wersją beta, z gębą niedźwiadka i z nóżkami. Obrotowymi również.

Sąsiedzi

Sąsiedzi zdaje sie odkryli nową pasję. Poszukują skarbu, który ktoś kiedyś zakopał, i używają do tego bardzo hałaśliwych maszyn. Drobna niedogodność polega na tym, że kopią tuż nade mną.
Może powinnam podłubać trochę w suficie. Może dokopałabym się jako pierwsza.

Senność
ZZzzzzZZZzzzZZZzzz.


skomentuj (1)

2010-01-29 22:56:54

Gawra
Kokoszę się w pościeli z ogromną przyjemnością. Pod wieczór dopiero zamaskowałam piżamę szerokimi spodniami i ziom-bluzą.Chyba po raz pierwszy w życiu tak radośnie, tak uparcie i tak konsekwentnie przesypiam całe fragmenty zimy, opuszczam zimne rozdziały. Na zmianę - aktywne dni, i dni nicnierobienia. Aktualnie mam zimowe wakacje, nicnierobienie i snucie w skarpetach. Przewidywany czas zakończenia - wraz z końcem weekendu.

Harmonogram wolnych dni

Zastanawiam się właściwie, jak ja bym sama siebie zniosła w charakterze współlokatorki. Ożesz kurwa.
Jakby mi dokoptowali takiego drugiego Barbinatora, o Jezusie. No tak siedzę i się zastanawiam. Puszczam wodze wyobraźni i jestem taką sobie zatrudniona w jakiś bardziej niż mniej konwencjonalny sposób. I wracam sobie do domu... a tu moja współlokatorka śpi sobie przed otwartym kompem, z głową w poduszkach, z rozrzuconymi po podłodze trzema torbami, masą papierów i pudełkiem po Big Maku w którym to pudełku w przypływie fantazji gasiła kiepy.
Ponadto na podłodze lezy kopczyk ubrańm z którego współlokatorka wyskoczyła wieczorem i przeprowadziła się do dresu, nie troszcząc o odwiedzenie prysznica.
Nie wspominając już o tym, że w kubkach gęsto porozstawianych a czasem i powywracanych również zalegaja niedopałki w ilości sporej.
No pełnia szczęścia, taka współlokatorka, nie?
Przy śniadaniu które spożywa o piętnastej, zebrawszy uprzednio tłustawe włosy w supełek na czubku głowy, pierdoli (werbalnie) od rzeczy i koncentruje się głównie na swoich przeżyciach emocjonalnych. Tudzież snuje filozoficzne rozważania na temat swojego organicznego wibratora. Tudzież wyraża mowę pochwalną dla wibratorów w ogóle.
Należy dodać, że ta hipotetyczna współlokatorka charakteryzuje się pogardą dla wszelkich zinstytucjonalizowanych norm społecznych, omija szerokim łukiem wszelkie filary emerytalne, nie posiada ubezpieczenia i nie wyrabia normy do emerytury. W dodatku uwielbia to podkreślać, stwierdzając jednocześnie, że jak już będzie stara, to państwo i tak się nią zajmie.
I ogólnie ma w dupie.
szersza typologia hipotetycznej współlokatorki - innym razem.

skomentuj (1)

2010-01-28 17:05:41

Sheldor is back online!
Nie ma to jak płyta główna, padająca akurat dokładniusieńko w srodku pasjonującego podrywu prowadzonego online na przemian z wykańczaniem pilnego zlecenia.
No po prostu  nie ma.
Nie wspomnę, że ten pad spowodował również gwałtowne urwanie negocjacji z providerem, dotyczące spłaty zadłużenia za dostawy sieci, a okoliczności sprzyjały dramatycznemu wyskokowi przez okno. Środek otóz pierdolonej nocy był i znikąd pomocy. ZNIKĄD!!!
Nic tylko w wyrafinowany sposób odebrać sobie życie.
Męczące zwiedzane outernetu trwało z konieczności czas ndłuższy, a zakończyło się wraz z wpłatą pieniądza od jednego z zadowolonych klientów. Bogatsza o trochę miło szeleszczących papierków pognałam do serwisu celem nabycia IBM T41, w tytanowej obudowie i z metalowymi zawiasami.
Oprócz tego że z grubsza było strasznie i przerażająco, to dało się przeżyć.
W szale działania wytargałam z piwnicy trupa szafy i wskrzesiłam go do życia, wymyśliłam proch zawodowy - to znaczy pewnego dnia wypaliwszy na pociechę grubaśnego skręta wyraźnie zobaczyłam, jaka drogą przebiegnie teraz moja kariera zawodowa. Po prostu oświeciło mnie w kwestii o której już od dawna mówiła do mnie Boo.
Tak więc - remont absolutny, zmiany zawodowe, jakieś pieprzone czakramy mi sie pootwierały czy coś.
Być może za ;pomocą oparów farby - niech żyje ożywcza idea malowania szafy akurat w dniu kiedy upał zelzał wyjątkowo a temperatura lokowała się gdzieś w okolicach minuskurwadwudziestu.
No to nie ma, rozumiecie, jak pomalowac szafę i otworzyć na noc okno SZEROKO.
Tak, miałam na sobie polar, spodnie polarowe, skarpety i czapkę.
Nie, nie było to stuprocentowo skuteczne.
Tak, obudziłam się z wielkim katarem, dodatkowo zwiększającym upierdliwość uczulenia na kurz.
Tak czy inaczej.
Nowy sptrzęt którym się nacieram, nowe perspektywy, nowe życie.
Stay tuned.

skomentuj (1)

2010-01-13 00:58:56

Rain Man
Na skutek ściśle kobiecej przypadłości jestem od dwóch dni dwa kilogramy do przodu, boli mnie w okolicach nerek, trochę mi przyciężkawo i nie czuję prawie nic pod czaszką.
Niby lekkie otępienie, ale jednak masa energii. Coś, jakbym zażyła środek przeciwbólowy ale nie zamulający.
Radośnie doprowadzałam kuchnię do porządku o godzinie wpółdopółnocnej. Kiedyś to było nie do pomyślenia.
Pucowałam szklanki i woka, i przypomniało mi się jak to kiedyś tygodniami przerastało mnie posprzątanie swojego pokoju. Ciężko to wytłumaczyć komuś zdrowemu bez bycia posądzonym o sprytne kamuflowanie lenistwa.
Ciężko opowiedzieć komukolwiek kto tego nie przeżył, jak potrafi zmęczyć sama myśl o tym że trzeba wyjść z łóżka i założyć na dupę majtki. Przecież to wymaga tylu czynności. Podobnie jak czesanie. Podobnie jak pisanie. Podobnie jak zalogowanie się na konto bankowe i dokonanie przelewu za cośkolwiek.
Zażywanie prozaku daje w tym momencie wymierne efekty - a więc to o to chodziło z regularnym dawkowaniem przez dłużej niż trzy-cztery miesiące? Jakoś tak się zorganizowałam, że nie pozwalam sobie zapomnieć o codziennej pigułeczce w liczbie dwa. Co rano przegryzam nimi kawę.
Chwalmy Pana, wszystko gra.

Kiedy Harry poznał Sally
W sześćdziesiątym dziewiątym, albo w siedemdziesiątym, miałem taką narzeczoną. Strasznie fajna babka była, z Nowego Targu. - rozmarzył się Przodek w oczekiwaniu na serial tonąc w fotelu przed telewizorem.
Młody byłeś jak na posiadanie narzeczonej, stwierdziłam zgryźliwie z perspektywy trzydziestoletniej pensjonarki nietkniętej rodziną. I co się stało z tą narzeczoną, dlaczego wyparowała? Kto kogo puścił kantem?
Nie odpowiadała mi charakterem. Figurę miała świetną, zadbana babka była, ale strasznie uparta. - zadumał się Przodek. A moją obecną żonę poznałem prawie dziesięć lat później.
Uniosłam głowę z odmętów śpiwora, w którym w pozycji horyzontalnej również oczekiwałam serialu. Opowieści Przodka to zawsze spora gratka.
I co i co?
Pracowałem wtedy w pogotowiu i przyszła do mnie koleżanka i powiedziała, że od niedawna pracuje tutaj taka nowa dziewczyna. Powiedziała mi, że to bardzo sensowna osoba, i że nie powinienem tracić czasu. Zapytałem o kogo chodzi, ale nie chciała mi powiedzieć. Musiałem się dowiedzieć sam.
I wystartowałeś? - poprawiłam się w śpiworze.
Wystartowałem.
Oczekiwałam dalszej części historii, ale w tym momencie skrzypnęły drzwi i Matrix wróciła z pracy. Wraz z Przodkiem i Suką stadnie pospieszyliśmy do przedpokoju na powitanie i szlag trafił dalszą część historii.
O wilku mowa, powiedział Przodek, kiedy Matrix wyplątywała się z czerwonego szalika i czapki. Właśnie opowiadam jak to X. nas swatała w pogotowiu, swatała i wyswatała, a ty do dzisiaj tego żałujesz.

Przebiegła Gabrielo
Oszukuję zimę. Kładę się spać w okolicach drugiej-trzeciej w nocy, nafaszerowawszy się uprzednio kilkoma odcinkami House'a (błogosławione odkrywanie seriali kiedy są już w pełnym rozkwicie, można wtedy oglądać do upadu) - skaczę randomicznie po seriach, wybieram 2-3 pozycje, odpalam, otwieram okno, zasypiam uwielbiając przedsennie skurwysyństwo dra Grzegorza Domka.
Poranki następują w okolicach południa. Muszę spać, wycharczałam dzisiaj do słuchawki po której drugiej stronie Boo bardzo potrzebowała żeby ktoś jej coś sprawdził w necie. Bardzo chciałam ale nie mogłam, bo pociągnęło mnie w senne odmęty.
Matrix i Przodek pomału przestają się dziwić, chyba się przyzwyczaili że ich barbinatorowy potomek łamie wszelkie konwencje w temacie "Jak żyć żeby inni patrząc na nas nie wykonywali palcem znaczącego kółka na czole". Okres nietrzeźwej jesieni został zastąpiony przez czas parszywie trzeźwej zimy - w zimie obżeram się czekoladą, w tych momentach kiedy prozak zapomina o zniechęcaniu mnie do kompulsywnego wypełniania żołądka czymkolwiek bądź.
Zima, zima.
Zima w tym roku wyjątkowo źle na mnie działa.
Akurat się, kurwa, zebrało na śniegowe ataki.
Jedno co jest w porządku, to zapach. Wychodząc z domu na krótkie przerwy w tkwieniu przed komputerem wciągam przez nos zimne powietrze i przypomina mi się zapach Miasteczka W.
W zasadzie zamiast do Breslau mogłabym się przeprowadzić do Miasteczka W., i tam żyć dokładnie tak samo jak tutaj, w stolicy Małopolski.
Eeeee, mogłabym?
Nie. Chyba nie.
Chyba jakoś niespodziewanie dla samej siebie wyrosłam z płaskatości mazowieckich.
Wrocław.
Wrocław.
Do wiosny tylko parę miesięcy...

skomentuj (6)

2010-01-10 02:25:40

Prostytucja intelektualna
Charakter mojej pracy sprawia, że praktycznie cały czas obcuję z róznej materii pracami zaliczeniowymi, od poziomu prezentacji maturalnych tworzonych bez wyrzutów sumienia, poprzez poprawę i dosztukowywanie licencjatów, magisterek, korekty tychże pod względem merytorycznym, stylistycznym i wizualnym.
W związku z tym chyba pomału zaczynam rozumieć, dlaczego ci naprawdę wartościowi profesorzy (profesorowie? nie chce mi się sprawdzać) to persony zgryźliwe i nieżyczliwe szarym studenckim masom.
Przecież zwyczajnie człowieka może strzelić biała gorączka, jak przez dwadzieścia lat z rzedu przegryza się przez płody niedouczonych seminarzystów magisterialnych, do czego przez ostatnich kilka lat doszła jeszcze masa matołków-kandydatów do licencjonowania.
Na co licencję uzyskuje się za pomocą licencjatu, to ja doprawdy nie wiem.
Babram (babrzę? whatever) się w tym moralbnie wątpliwym zajęciu, bo daje mi ono całkiem przyzwoitą forsę w połaczeniu ze względną wolnością decyzyjną. Zasuwam w ciszy własnej chałupy albo w ciszy czytelni, nie muszę się spowiadać żadnemu szefowi, mogę sobie w pracy jarać, mogę nie pracować jak mi się nie chce (a potem kwitnąć całymi nocami z nerwowym skurczem pośladka prawego i gonić termin).
Relatywizm moralny mam opracowany do perfekcji przy okazji.
No ale nie wartości czy antywartości moralne są tutaj clue.
Clue jest, że po zaledwie paru latach, po uczynieniu siebie multimagistrem, multilicencjonowanym kimśtam, tysięcznym maturzystą - chwilami mam dosyć.
Dosyć schematyczności prac, chociaż temat za każdym razem jest inny.
Dosyć głupawości klientów.
Dosyć pewnej powtarzalności.
Zazwyczaj po napisaniu pracy i zainkasowaniu forsy urywam się na kilka dni w dzicz, ładuję akumulator, nie myślę - a potem wracam  z nową energią i zaczynam od nowa.
Aktualnie symultanicznie kończę kilka projektów, które się nawarstwiły.
Wspólne IQ trójki zleceniodawców kształtuje się na poziomie 300 punktów, przy czym rzecz nie rozkłada się równomiernie (jedno w granicach satysfakcjonującej normy, jedno każe przypuszczać że osoba sobie w życiu poradzi, jedno budzi wątpliwości, czy klient przypadkiem permanentnie się nie ślini).
Mam dosyć.
Cały dzień nakurwiania w klawisze i wytężony wysiłek umysłowy owocują myślotokiem i chęcią wydalania z siebie szumów, zlepów, ciągów, co też jest czynione.
Noszę się z zamiarem opisania całego procederu i wydania go w postaci książkowej. To kiedyś. Dzisiaj postacie mogłyby być zidentyfikowane i pozbawione tytułów naukawych, wypracowanych moim multimagisterskim umysłem.

Barbinator bardzo chce
I uda mu się.
Teraz tylko przekonać ten kawałek świata co trzeba.

skomentuj (1)

2010-01-08 22:27:15

Zimno konserwuje
Całkiem możliwe, że jestem współczesną inkarnacją Elżbiety Bathory. Wprawdzie póki co nie kąpię się we krwi dziewic, ale żywię upodobanie do sypialnianego zimna. Ona sypiała z lodem pod łóżkiem, ja skręcam kaloryfer i uchylam okno. W cieple nie da się spać. Aktualnie siedzę również w dość komicznym stroju, z którego ubaw mam od rana aż do teraz, i nawet zrobiłam mu zdjęcie. Dwie pary skarpet, hajdawery po Przodku, szorty w kwiatuszki a nad tym wszystkim pstrokata bluzka. A co!

I nie, wcale nie mam takich którkich nóżek, to perpektywa fotki. Ładne skarpetki?

Spychoanaliza i rzecz o śnie

Na ogół jestem postrzegana jako osoba miła i niekonfliktowa. Na ogół.
Częściowo to prawda. U podstaw mojej egzystencji leży dychotomia albowiem.
Ciekawe co powiedzieliby ci wszyscy przekonani o moim dobrym serduszku i pogodzie ducha, zaglądając mi na chwilę do mózgu i mocząc nos w skondensowanej cieczy skurwysynów, kurew, ojapierdolęnienawidzeń i innych mocno nieżyczliwych roztworów.
To co produkuje mój mózg czasami mnie przeraża.
Gdyby istniało najmniejsza realna szansa że pewnego dnia ta brzydka część mózgu przejmie nade mną kontrolę, należałoby mnie NIEZWŁOCZNIE odziać w marynarkę z długimi rękawami i w żelaznej masce odtransportować w miejsce wiecznej izolacji. W myślach jak Jasieński palę Paryż, równam z ziemią swoje miasto, wysadzam pociągi i wyrzucam nieletnich przez okna.

Wczoraj smęciłam coś o tym że zazdroszczę koszmarów? Haha no proszę. To dzisiaj sen mnie uraczył perfekcyjnie. Kafkowskie miasto, zaparkowany gdzieś samochód, którego szukaliśmy (z kim?) w różnych zaułkach. A w jednym z podwórek, tuż w pobliżu ruchliwego węzła Starowiślna-Dietla, znajdowało się coś w rodzaju żywego skansenu. Odgłosy miasta wytłumione, studnia z żurawiem, pies na łańcuchu. I napis na tablicy - nie proponować pomocy.
A koszmar właściwy zaczął się później. Zbieg okoliczności zmusił mnie do utopienia zwłok poprzez obciążenie ich kamieniem i wepchnięcie do rzeki. Nie mam pojęcia czyje to były zwłoki - facet jakiś - ale cała rzecz była przygotowana w sposób absolutnie do dupy, kamień nie trzymał się sznurka i w ogóle miałam wątpliwości że cała konstrukcja wypłynie prędzej niż później. I złamie mi życie, bo przecież szybko wpadną na mój trop, jako tej która brała udział w ukrywaniu zwłok.
Kurde balans, zero wątpliwości natury moralnej, tylko strach przed wpadką? Dobre, dobre.
A oprócz tych dziwacznych snów - śni mi się regularna pornografia. KURWA, NIGDY W ŻYCIU NIE ŚNIŁA MI SIĘ PORNOGRAFIA!!! Nawet kiedy szpikowałam się prozakiem jak gęś kasztanami. Nawet po substancjach halucynogennych. Nigdy! NIGDY!!! Fakt, nakręciliśmy kiedyś z Eksem film pornograficzny (wyjątkowo słabej jakości nawiasem mówiąc, i żadni z nas Orlovsky i Siffredi nie byli - chociaż szkoda że się nie zachował, może oglądając go wpadłabym wreszcie na trop tego, co w zasadzie pociągało mnie w tym idiocie), oglądaliśmy pornografię namiętnie, do dzisiaj mam kolekcję schabów gdzieś na dyskach i trochę brzydkich czasopism, komiksów i powieści, NO ALE.
Co gorsza, aktor partnerujący mi w tych snach pozostaje niezmienny, mimo że dla zdrowia psychicznego usiłuję go wygruzić przynajmniej z części obszarów kresomózgowia.

skomentuj (0)

pisarka t. nowak, ja-jebie, miał to w linkach,, a tędy do niego trafiłam
otherstories by mortella,
planeta-mu, valmont, g-zola, anorektyk sukkubus cleosanthia ciotka w k. m-ś
chuda i małżon świekra marzenie odchudza się irish bridget tohuwabohu gruba żmija alrisa żmijozebra
ag-de nana ag-de2 vinylek g-adzia voyeur stardog badmo' xionc

http://www.blogroku.pl/barbinator,gw7zn,blog.html ->biorę udział w konkursie, chyba trochę zwariowałam.

; statystyka
2010
styczeń

2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń